Tag: Kamil
Czarny kot, biały kot
Grga Pitić, cygański ojciec chrzestny i potentat handlowy od wysypisk śmieci oraz Zarije, dumny właściciel cementowni, są starymi, dobrymi przyjaciółmi. Nie widzieli się przez 25 lat. Obaj są po osiemdziesiątce. Matko Destanov, syn Zarije, jest obibokiem. Prosi Piticia o pożyczkę. Aby zapewnić sobie pieniądze na nielegalny interes z benzyną, opowiada, że jego ojciec nie żyje. Dysponując gotówką młodzieniec dobiera sobie wspólnika, Dadana Karambolo, uzależnionego od narkotyków króla cygańskichrzezimieszków. Jest przekonany, że mając u boku takiego eksperta nie narazi się na żadne niebezpieczeństwo. Niestety, w czasie transportu benzyny zostaje pozbawiony świadomości…
Walczyć mimo wszystko. Wzruszająca historia Dereka Redmonda
Derek Redmond był niegdyś wyśmienitym sprinterem. Do jego największych sukcesów można zaliczyć dwa złote krążki zdobyte z reprezentacją Wielkiej Brytanii w sztafecie 4 x 400 m na Mistrzostwach Świata i Europy. Derek za czasów swojej świetność bił dwukrotnie rekord kraju. Jego rekord życiowy 44.50 na 400m po dziś dzień jest imponujący i stanowi najlepszą miarę jego możliwości oraz talentu. To są jednak odległe czasy, bo Derek jest od dawna na sportowej emeryturze.Wielka Brytania może się poszczycić wieloma wybitnymi sportowcami, z pewnością bardziej utytułowanymi niż bohater mojego artykułu. Pomimo tego, wieść o Dereku jest wciąż żywa i nie prędko zostanie wymazana z kart światowej historii sportu. To sztandarowy przykład walki do samego końca…
Igrzyska Olimpijskie 1992 – Barcelona
Cofnijmy się w czasie do Igrzysk Olimpijskich w Barcelonie, swoją drogą niezwykle udanych dla biało-czerwonych… Renesans polskiego pięcioboju, aż 19 zdobytych medali – czasy, do których wracamy z łezką w oku. To była genialna impreza, pełna dramaturgii, nieoczekiwanych rozstrzygnięć, fantastycznych zwycięstw i równie spektakularnych porażek.
Barcelona była dla kilku sportowców miejscem nie tyle pechowym, co okrutnym… Któż nie pamięta tragedii Roberta Korzeniowskiego, wówczas młodego i nikomu nie znanego chodziarza, który na kilkaset metrów do mety był vice-mistrzem olimpijskim. No właśnie… na kilkaset metrów do mety. Chodziarski maraton zakończył się dla niego najgorzej jak mógł, bo przecież dyskwalifikacja na ostatnich metrach morderczego, pięćdziesiąciokilometrowego chodu to bezlitosny wyrok. Całe szczęście, że start Korzeniowskiego w Barcelonie nie wpłynął na całokształt jego kariery. Nie tylko Robert po Igrzyskach w Barcelonie mógł mówić o sobie jak o wielkim przegranym.
W biegach eliminacyjnych na 400 m Derek Redmond poradził sobie gładko i bezboleśnie. Brytyjczyk był na doskonałej drodze do sięgnięcia po upragniony medal Igrzysk Olimpijskich. Kolejnym krokiem przybliżającym go do realizacji założonego celu, był bieg półfinałowy, który wydawał się być tylko potwierdzeniem jego życiowej formy.
Bieg półfinałowy
Na stadionie 65 tysięcy zniecierpliwionych kibiców. Już za chwilę sygnał startera rozpocznie półfinałowy bieg na 400m. Stawka jest szalenie wysoka, bowiem pierwsza czwórka zakwalifikuje się do finałów. Wszystkie oczy skupione są na reprezentanta Wielkiej Brytanii – Dereka Redmonda, który w biegach eliminacyjnych radził sobie znakomicie. Jest murowanym kandydatem do awansu.
Zawodnicy wchodzą do bloków. Wszyscy niezwykle skupieni, starter unosi pistolet w górę i… strzał! Ruszyli!
Piekielnie mocno zaczął Derek, który objął nieznacznie prowadzenie. Ojciec Dereka – Jim, straszliwie mocno przeżywa bieg, wstaje z miejsca i żywiołowo dopinguje syna słowami „Keep it up, keep it up”! Na stadionie wrzawa i nieprawdopodobne emocje. Nic nie wskazuje na to, że za chwilę na oczach wypełnionego po brzegi stadionu, rozegra się dramat, który chwyci za serce nawet najbardziej gruboskórnych. Na ponad 200 m przed metą, Derek doznaje kontuzji.
Ból jest na tyle silny, że nie pozwala Derekowi na kontynuowanie wyścigu. Dramat. Jego marzenia o finale prysły niczym mydlana bańka. W jednej chwili stracił możliwość realizacji swojego największego marzenia. Redmond płacze jak dziecko, czuje się bezradny. Po paru chwilach, ku dziwieniu wszystkim podnosi się, ale kontuzja nie pozwala mu nawet iść. Mimo tego zmierza do mety podskakując na jednej nodze. Świadomy swojej klęski chce minąć linię mety. W tle widzimy ojca, który nie zważa na interwencje służb porządkowych i biegnie w stronę syna, aby wesprzeć go w tych najtrudniejszych chwilach jego życia. Ten obrazek dosłownie chwyta za gardło. Cały stadion wstaje i bije brawo załamanemu Derekowi. Nikogo nie interesują zwycięzcy półfinałów, oczy publiczności są skupione wyłącznie na Dereku.
„Jestem z Tobą synu” – powiedział Jim. „Wspólnie zaczęliśmy Twoją karierę, wspólnie ją skończymy” – dokończył. Derek kładzie ramię na barkach ojca, wspólnie podążają do mety. Razem, ramię w ramię, ojciec i syn, wokół 65 tys. kibiców bije brawo, płacze i skanduje imię Derka.
Za metą czekają tłumy fotoreporterów. „Jestem najdumniejszym ojcem na świecie, to co zrobił mój syn, wymagało niesamowitego poświęcenia i odwagi” – powiedział ojciec Dereka.
Derek Redmond stał się jedną z ikon Igrzysk Olimpijskich. Sport to nie tylko radosne chwile, to również gorzkie łzy i bolesne lekcje pokory. Prawdziwego sportowca cechuje walka do samego końca pomimo najtrudniejszych przeciwności. Derek swoim zachowaniem dał przykład poświęcenia i miłości. Dla mnie na zawsze pozostanie najlepszy.
Autor: Mateusz Jasiński
Marek Dyjak
Urodzony 18 kwietnia 1975. W 1992 zdobył papiery hydraulika. Wystarczyło kilka rzeczy, by życie było pełne i szczęśliwe – robotnicze życie, żona robotnicza, robotnicza klitka w bloku. Zwykłe, proste życie, bez dłubania w niuansach duszy i serca. Chciał więcej.
Trudno powiedzieć, kim właściwie jest. Żulem i barowym grajkiem – jak sam o sobie mówi. Bardem, polskim Tomem Waitsem – jak chcą wielbiciele. „Najbardziej prawdziwym głosem na polskim rynku muzycznym” – jak ocenia krytyczka muzyczna, nauczycielka śpiewu Elżbieta Zapendowska. Dyjak to Dyjak – mówią przyjaciele; facet, który żył po bandzie, pił po bandzie, aż dotarł do końca drogi. On też tak czuł.
W zeszłym roku na Wielkanoc przymocował do drzewa linkę holowniczą. Pogotowie stwierdziło zgon. Obudził się po kilku dniach w śpiączce, nic nie pamiętał. Bywały w tej karierze momenty, w których Marek mógł iść za ciosem, wbić się na artystyczny świecznik. Ale czuł przy tym, że ubiera się w uprząż, że oddaje lejce w cudze ręce. Niektórzy widzą w tym artystyczną pozę, że to taka poza robienia się Dyjaka na wyklętego. W momentach decyzji Marek rzucał „bujajcie się frajerzy” i szedł sobie sam swoją drogą.
Wydarzenia:
° 1995r – laureat Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. W tym samym roku wygrał główną nagrodę na festiwalu „Fama” w Świnoujściu.
° 1996r – druga nagroda na Międzynarodowym Festiwalu Wokalnym w Bydgoszczy i wykonanie piosenki z muzyką Janusza Grzywacza do filmu W. Szumowskiego pt. „Nikoś”
° 1997r – debiutancka płyta „Sznyty”
° 1998r – kolejna płyta nagrana z kwartetem Janusza Lewandowskiego „Dyjak od wschodu”
° 2000r – debiutuje jako aktor w jednej z głównych ról w filmie Adka Drabińskiego „Kalipso”.
° 2001 nagrywa w studio Radia Lublin płytę „W samą porę”.
° 2002r – gra rolę ślepca w „Fauście”, w reżyserii Fred Apke.
° 2003r – skomponował muzykę do przedstawienia „Zbrodnia i Kara”, w reżyserii Edwarda Żentara. Poza tym napisał muzykę do „Mistrza i Małgorzaty”, w reżyserii Andrzeja Marczewskiego.
° 2008r – wydaje płytę „Ostatnia”.
° 2009r – nagrywa materiał do kolejnej płyty „Jeszcze raz”.
Współpracował min. ze Stanisławą Celińską, Januszem Grzywaczem, Mirosławem Czyżykiewiczem, Jankiem Wołkiem, Januszem Stroblem, Marianem Kociniakiem, Wojciechem Cugowskim, Piotrem Skrzyneckim, Janem Kondrakiem, Adamem Galasem i Adkiem Drabińskim.
Brał udział w programach telewizyjnych. Ma za sobą wiele koncertów w całym kraju. Na co dzień występuje z kwintetem, ale nie są mu obce koncerty wyłącznie z gitarą.
Scjentologia. Prawda o kłamstwie
W swej ponad pięćdziesięcioletniej historii Kościół Scjentologiczny wielokrotnie stawał się obiektem zainteresowania dokumentalistów. Zazwyczaj filmowcy stanowczo potępiali kontrowersyjną religię, zestawiając ją z innymi represyjnymi sektami. Twórcy niniejszego obrazu przyjęli jednak zgoła inną perspektywę.
Scjentologia, wykreowana przez pisarza science-fiction L. Rona Hubbarda w roku 1953, nie przestaje dostarczać tematów do dyskusji. Przynależność do tego Kościoła postrzegana jest czasem jako fanaberia znudzonych gwiazd Hollywoodu, a czasem jako ekscentryzm. Jednak poza uwielbieniem ze strony niektórych celebrytów, takich jak John Travolta, Tom Cruise i Goldie Hawn oraz dziwacznym systemem wierzeń, większość ludzi bardzo niewiele wie o najmłodszej z wpływowych religii świata.
Ambicją reżysera JEANA-CHARLESA DENIAUA było wyjaśnienie niepokojącego fenomenu scjentologii, wciąż zjednującej sobie nowych wyznawców. Dlaczego ludzie dołączają do osławionego kościoła, nawet wbrew własnym obawom i wątpliwościom? Zwłaszcza jeśli z ich osobistych relacji wyłania się obraz religijnej wspólnoty poddanej totalnej indoktrynacji oraz dyktaturze.
Deniauowi udało się porozmawiać z byłymi uczestnikami sekty, którzy po latach psychicznego terroru wyzwolili się spod jej wpływów. Ich szczere, poruszające świadectwa jednoznacznie ostrzegają przed mackami ekspansywnego Kościoła Scjentologicznego. Pojawia się nieuchronnie pytanie, czy nie stwarza on publicznego zagrożenia. Panująca w państwa zachodnich wolność wyznania pozwala kontrowersyjnej wspólnocie uprawiać swoje praktyki zupełnie bezkarnie. Niedawno, w procesie sądowym we Francji, lokalni przywódcy Kościoła zostali uznani za winnych zorganizowanego oszustwa. Jest to pewien przełom, zwłaszcza w kraju szczycącym się wieloletnią tradycją rozdziału interesów państwa i religii. Niewykluczone, że Temida coraz częściej będzie się zwracać przeciwko szemranym guru tej podejrzanej religii.
Musisz być zalogowany, aby dodać komentarz.